20 lipca 2017

Autoterapia mięśniowo – powięziowa – recenzja książki

Pięknie wydany poradnik jak wykonywać ćwiczenia ze specjalnymi piłeczkami fot. D.Szymborska


Fizjoterapia, masaże, leczenie bólu – to wszystko kosztuje, i to nie mało. Jedna wizyta u „fizjo” to wydatek rzędu stu złotych, a za 99.90 można kupić książkę Jill Miller i samemu się leczyć. Wszyscy, którzy doświadczyli kontuzji wiedzą, że leczenie jest czasochłonne i słono kosztuje. Miller przygotowała poradnik, który ma wyleczyć wszystkich!

Jak to zawsze bywa w przypadku takich poradników, trzeba jeszcze kupić specjalistyczne, licencjonowane piłeczki zaprojektowane przez Jill, po kilkanaście Dolarów do nabycia w Internecie.

Sposób przygotowania książki zachwyca – wprowadzenie w metodę autoterapii mięśniowo –powięziowej, potem bardzo starannie przygotowane zdjęcia jak wykonywać ćwiczenia.

Nie zabrakło „świadectw” pacjentów Miller, który autoterapia wyleczyła z wielu różnych chorób, którzy już nie odczuwają bólu, wrócili do normalnego życia i uprawiania sportu.

Książkę mam już kilka dni. Przeczytałam zalecenia, dowiedziałam się o osobach, które wyleczyły się z kontuzji dzięki Jill, wreszcie przejrzałam ćwiczenia, które jak wiadomo na zdjęciach przestawiających super wygimnastykowaną dziewczynę wydają się banalnymi. Cóż – nie są! Przekona się o tym każdy, kto spróbuje wykonać zadaną sekwencję ruchów! I tutaj moim zdaniem tkwi duży problem – ćwiczenia wykonywane nieprawidłowo mogą zaszkodzić…dlatego mocno sceptycznie podchodzę do takich poradników.

Po pierwsze – prawidłowe wykonywanie ćwiczeń, entuzjasta powie, że robi przed lustrem i koryguje swoją postawę, realista powie, że nie widzi swoich pleców i nie wie czy jego pozycja przypomina tą z ilustracji.

Po drugie – systematyczność. Są osoby, które kupują książki, płyty DVD z ćwiczeniami i….ćwiczą codziennie ale większości kończy się zapał po kilku dniach, bywają i tacy, którzy nawet nie rozpakują płyty z ćwiczeniami. Takie podejście nie leczy. Zarzucenie terapii też jest złe, wreszcie, ciężko samemu ocenić, czy jesteśmy już wyleczeni.

18 lipca 2017

Tapas w Sierra Nevada [FOTO]

Churros, tapas i jedna pizza jedzona na 2100m n.p.m. - wszystko pyszne....fot. D.Szymborska


Mam wielką słabość do tych małych przekąsek, do wielości smaków, do atmosfery, która panuje w barach tapas. Uwielbiam próbowanie co chwilę nowego dania „na jeden ząb”, przepadam za tematycznymi barami – tu się je tylko potrawy ziemniaczane, ci słyną z mięsa, u tych owoce morza. To wszystko czyni każdy wieczór wyjątkowym. 

Hiszpanom obce jest siedzenie w jednym barze, wychodzą wieczorem całą grupą (która często poszerza się o nowo poznane osoby) i chodzą od baru do baru….a w każdym tapas i kieliszek wina albo mini piwko (120ml)….i tak do rana, bo wtedy można pójść na kawę i zjeść wielką dawkę cukru w postaci ciasteczka - magdalenki lub churros.

W Grenadzie, a później w Sierra Nevada tapas były wyjątkowo pyszne, część dań to klasyka – przekąski dla zmęczonych pracą w górach, lub też zimne zupy dla zmęczonych upałem…. Inne to wariacje japońskie czy "fusion"...

Rzadko się zdarza, żebym mogła powiedzieć, że wszystko mi smakowało….ale tutaj tak było. Dla mnie hit to zimna zupa pomidorowa – gazpacho – z truskawkowym twistem, i gorąca grillowana cukinia podana jak japoński „mak” wypełniona sosem i smażonymi ziemniakami….

A tutaj po kolei co zwróciło moją uwagę i bardzo spodobało się mojemu żołądkowi…. kolejność przypadkowa....smak w każdym wypadku genialny.....

17 lipca 2017

C.A.R. – czyli ośrodek dla sportowców w Sierra Nevada [FOTO]



Taki widok ma kamera umieszczona w ścianie beasenu fot. D.Szymborska


W wakacyjną niedzielę na wysokości 2320m n.p.m. jedynie reprezentacja Hiszpanii kobiet w siatkówce, obiecujący klub młodych koszykarzy i dwóch pływaków trenowało.

A to wszystko dlatego, że niedziela jest dniem wolnym i za 21 dni nie ma ani Igrzysk Olimpijskich ani Mistrzostw Świata. W Sierra Nevada opracowano specjalny trzytygodniowy program treningów dla sportowców różnych dyscyplin.

C.A.R. czyli – Centro De Alto Rendimento en Altura to ośrodek sportowy, który może pomieścić 200 zawodników.

W czasie prasowej wycieczki mogłam zobaczyć – imponującą siłownie, w której może spokojnie ćwiczyć kilkadziesiąt osób nie czekają w kolejce do „maszyny”, laboratorium wydolnościowe, miejsce do przeprowadzania badań krwi. Sale do masażu – niektóre drużyny czy zawodnicy przyjeżdżają ze swoimi fizjoterapeutami – dla tych są oddzielne pokoje wyposażone w łóżka do masażu. Wreszcie jest sekcja odnowy biologicznej. To wszystko to tylko zaplecze wspomagające zawodników w treningach wielu dyscyplin. W C.A.R. jest 50m basen. Czysta woda, i bardzo ciekawe rozwiązanie – oprócz okien w ścianach basenu przy centralnym – obejmującym kilka torów jest specjalistyczna kamera, są też dwa wielkie okna w bocznych ścianach basenu, które są tak pomyślane, że trener może schodzić po schodach i przyglądać się jak jego zawodnicy wykonują zadane ćwiczenia. Super rozwiązanie pozwalające nie czekać na odczyty kamer! Piękny stadion, bieżnia pod dachem, boiska, maty….. w C.A.R. można trenować wiele sportów.

15 lipca 2017

Granada Urban Trail 2017– relacja z biegu

To było zdecydowanie szalone, wystartować w TAKIM biegu, wiedząc, że do 12 godziny następnego dnia będziemy przygotowywać relację z ULTRA fot. Run&Travel

Do wczoraj bieg miejski kojarzył mi się z asfaltem, teraz wiem, że może być inaczej i trzeba analizować całą nazwę imprezy – jeżeli jest i Urban i Trail to…może to na przykład oznaczać schody – w dół i w górę, szuter, murek do przeskoczenia i ciemność wśród kaktusów…na szczęście Urban Trail w wersji hiszpańskiej oznacza też super zabawę w ganianego po historycznej Grenadzie.

Ekipa dziennikarzy z Portugalii, Włoch i Polski wystawiła 4 osobową reprezentację. Włoch zamierzał się ścigać, Portugalka i ja chciałyśmy się nacieszyć biegiem ,a drugi kolega z Portugalii planował przetrwać bieg. Wszyscy zrealizowali swoje założenia! Nie mogę odesłać do wyników bo…. tutaj nie było pomiaru czasu. Tak, tak ponad czterysta osób biegało po Grenadzie bez chipów, czy ręcznego pomiaru czasu. Co jeszcze ciekawsze część ścigała się bardzo na poważnie a inni zatrzymywali się na selfie….

Na starcie zdziwili mi zawodnicy z czołówkami – pomyślałam po co brać latarkę jak biega się po mieście. Pewno to byli ci co biegli rok temu. Doświadczenie uczy. Ruszyliśmy punktualnie o dziesiątej wieczorem. Temperatura spadła do około trzydziestu stopni. Było tak gorąco, że woda w ulicznych „źródełkach” była lekko ciepła…. Oprawa muzyczna, konferansjerka – wszystko profesjonalnie i z wielkim zaangażowaniem. Zamknięte ulice i korki, mieszkańcy Granady znosili bardzo dzielnie. Sporo dopingujących turystów i szaleni rowerzyści, którzy na rowerach MTB zjeżdżali (i podjeżdżali) zarówno po szutrze jak i schodach i wołali słowa otuchy.

13 lipca 2017

Hinduskie słoiki – pomysł na kolację – sprawdzone patenty!


Grillownay bakłażan, chlebek naan z dwoma sosami i dipem śmietanowo miętowym fot. D.Szymborska


Uwielbiam hinduskie sosy do mięsa i warzyw. Z jednej strony wielość smaków z drugiej naprawdę proste przepisy, pozwalające cieszyć się różnymi aromatami.

W Polsce najpopularniejszym producentem jest firma Patak’s która przygotowuje naprawdę smaczne sosy, których skład nie przeraża ilością sztucznych dodatków, jednak moimi ulubionymi są sosy z Mark&Spencer, który właśnie zamyka ostatnie sklepy w Polsce. Szkoda.

Pewno, że można sos zrobić samemu, ale te „słoikowe” są bardzo smaczne i co ważne, gdy gotujemy w tygodniu – wygodne i szybkie!

Lubię „słoikowe” sosy bo pozwalają przygotować w tym samym czasie dwa różne dania! Oto mój przepis na hinduską kolację – 60 minut gotowania i na stole są: dwa sosy albo w wersji mięsnej albo warzywnej, grillowane warzywa, dipy jogurtowe lub śmietanowe.

To co ważne to dodając różne warzywa do tego samego sosu możemy się cieszyć różnymi smakami i ten sam sos się nam nie znudzi!

Oto proste zasady, dzięki, którym zwykły „słoikowy” sos zmieni się w super smaczne danie:

11 lipca 2017

Zioła dla smaku, zdrowia i urody – recenzja książki

Świetna lektura w wakacje, w spóźnionym pociągu.....fot. D.Szymborska


Coraz więcej koleżanek robi w domu kremy, część produkuje nawet mydła. Bo peeling z kawy i witaminy E to już wychodzi z mody. Teraz na topie są domowe, ziołowe kosmetyki. Podobnie jest z nalewkami – coraz więcej znajomych się licytuje jaką nalewkę nastawiło. Do tego fermentacja w słoikach i jesteśmy naprawdę na bieżąco z nowinkami. A zapomniałabym jeszcze o suszeniu ziół zebranych przy pełni księżyca..

Małgorzata Kaczmarczyk przygotowała przepisy na wszystko co najmodniejsze. Jej książka zawiera aż 150 receptur, autorka w większości sama wszystko sfotografowała – takie urocze rzeczy jak przykrywki słoików z innych, kupnych przetworów upewniają czytelnika, że Kaczmarczyk nie używa stokowych fotek, tylko sama przygotowuje ziołowe specyfiki.

Niewątpliwą zaletę tego poradnika jest wielość przepisów – od leczenia grzybicy przez smakową nalewkę, po wypieki ziołowych podpłomyków. Podoba mi się to, że nie jest to kolejna książka wydana przez blogerkę, w której przepisy mają 3 linijki i każdy coś takiego już dawno przygotował. Tutaj natomiast szaleństwem są składniki – pewno jak ktoś zajmuje się zielarstwem na co dzień to ma dostęp do tych wszystkich roślin, ale osoba, która z ziół to ma: 3 rodzaje bazylii, tymianek, oregano, 2 rodzaje mięty – wszystko w doniczkach na balkonie –zrozumie, że jej balkonowy ogródek nie jest żądnym zielarskim rajem.

Kaczmarczyk przygotowała tyle przepisów, tak by każdy znalazł coś dla siebie – to niewątpliwie zaleta jej książki – dzieli się swoją wiedzą. To co mnie nie przekonuje do gotowania według jej zaleceń to podejście do ilości składników i ich zamienników. Jedynie w przypadku kremów i kosmetyków stosuje, tak jak w cukiernictwie dokładne miary. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że podmiana z mąki pszennej na żytnią nie wpływa na smak dania! A autorka uważa inaczej. Pewno, że danie nawet może być jadalne ale raczej będzie miało inny smak…

10 lipca 2017

Brunch z Nowego Jorku

Do wyboru, do koloru: bekon z jajkiem lub oscypek z szynką i pomidorem....fot. D.Szymborska


Już kilka razy pisałam o bajglach, o ich historii (TUTAJ), niezależnie od ich kaloryczności uwielbiam to pieczywo! W Nowym Jorku bajgle są bardzo popularne zarówno jako kanapka śniadaniowa, przekąska obiadowa albo podawany na słodko podwieczorek. Ta ostatnia, słodka wersja najmniej mnie przekonuje. Wytrawne kanapki bajglowe uwielbiam.

Na nowojorski lunch, dla jednej osoby składa się: bajgel (z chęcią bym poradziła jak je piec w domu, ale jeszcze nigdy nie upiekłam bajgla więc używam kupnych), jajko od wybieganej kury, bekon ze świni, pomidor z gruntu, oscypek z Podhala…

Żeby wszystko „zagrało” bajgel musi być gorący – trzeba go podgrzać w piekarniku, a żeby uzyskać idealnie okrągłe jajko sadzone to trzeba na patelni ułożyć metalowy ring, rozpuścić odrobinę masła i dopiero wtedy przelać rozbite wcześniej jajko. Bekon należy grillować na patelni, najlepiej obok oscypków- dzięki temu nie będą one przylegać do patelni.  Przygotowanie 3 bajgli w takiej wersji jak na zdjęciu zajmuje około 45 minut.



9 lipca 2017

HUGO – najlepszy drink na upały

Na balkonie, tarasie, pikniku...HUGO smakuje wybornie! fot. D.Szymborska


Gdy mam wybrać – drink czy wino – wybieram wino. Nie przepadam za drinkami, bo z reguły są dla mnie za mocne, do tego dochodzi, to, że nie wiem ile naprawdę piję alkoholu. W głowie zaszumi….wolę kontrolować sytuację. Dla HUGO zrobię wyjątek! Smak syropu z kwiatów czarnego bzu i wino musujące...

Tutaj przepis na 6 drinków, każdy zawiera tyle alkoholu ile standardowy kieliszek wina musującego. HUGO jest bardzo zdradliwym drinkiem, przepyszna pełna bzu lemoniada, tyle, że wzmocniona. Przygotowanie zajmuje chwilę, a efekt WOW gwarantowany! 

Składniki (6 drinków):

·      750ml Prosecco,
·      750ml gazowanej wody mineralnej lub sody,
·      150ml syropu z kwiatów czarnego bzu (w naszych kieliszkach był taki, który zawierał 53% ekstraktu z kwiatów bzu i sporo cukru,
·      6 gałązek mięty z liścmi,
·      lód.

Przygotowanie:


Wsyp garść lodu do każdego kieliszka. Rozlej Prosecco, dodaj syrop i wodę, starannie zamieszaj, udekoruj listkami mięty. Podawaj od razu.

8 lipca 2017

Amerykańsko-polska kanapka czyli burger z oscypkiem

Przepyszna kanapka w polsko-amerykańskim stylu fot. D.Szymborska


Dziś biegałam w Lesie Młocińskim, Puchar Maratonu Warszawskiego, gdy się zapisywałam albo tego nie było na stronie, albo zwyczajnie nie doczytałam, że dwadzieścia kilometrów będzie do przebiegnięcia po 6 (słownie: sześciu!!!) pętelkach. Jak sama mam zrobić długie wybieganie to mam taką dziesięciokilometrową pętlę w Lesie Kabackim, dlatego, że nie przepadam za bieganiem w kółko. Dlatego kilometrówki na stadionie są dla mnie taką wielką zmorą. W każdym razie na każdej z dzisiejszych 6 kółek wypełnione było myśleniem co bym to zjadła, a dokładniej jak przygotować burgera. Na biegu, a bardziej wybieganiu spaliłam 1114kcal….

Wolę nie wyliczać kaloryczności tej kanapki, bo tak jak sezonowana, mielona wołowina z antrykotu nie miała zbyt dużej wartości, tak oscypki i żurawina… i ta bułka….coś za coś było super pysznie!

Składniki (jedna amerykańsko-polska kanapka):

7 lipca 2017

Kolarskie Czwartki – lipiec 2017 – relacja

Odbieram dyplom - pierwsza kobieta w wyścigu B fot. J


Uwielbiam stawać na „pudle”. Odbieranie dyplomu, pucharu, medali to wielka radość. Wczoraj byłam na najwyższym podium w wyścigu szosowym. W czasie Kolarskich Czwartków odbywają się trzy wyścigi – C – od tego roku dedykowany juniorom, B – dla amatorów i A – dla bardzo szybkich amatorów. To właśnie w wyścigu B byłam pierwszą kobietą, w kategorii OPEN. Super, tylko nie było żadnych innych dziewczyn.

W wyścigu C – tym dla dzieci i młodzików było sporo dziewczyn, wśród starszych amatorów kolarstwa zabrakło kobiet. Z jednej strony ogromnie cieszy, że dziewczyny zaczynają przygodę kolarską, z drugiej bardzo martwi, że gdzieś po drodze się gubią i w starszych grupach wiekowych już nie startują.

O tym jak męskim sportem jest kolarstwo przekonałam się czytając regulaminy zawodów – do dłuższych dystansów kobiety wciąż nie są dopuszczane. Serio. Nie chodzi tu o wielkość przyznawanych nagród (jak np. bywa w zawodach biegowych, gdzie organizatorzy przyznają mniejsze nagrody kobietom) tylko o samą możliwość startu.

Kolarskie Czwartki (od ostatniej edycji) przyznają nagrody kobietom, a nie tak jak było wcześniej tylko pierwszym 3 zawodnikom na mecie. Teraz jest kategoria kobiet i mężczyzn.

6 lipca 2017

Gaeng kheow wan gai – czyli jak uniknąć wpadek przygotowując zielone, tajskie curry

Zielone bardziej z nazwy, ale bardzo smaczne, tajskie curry z bakłażanami fot. D.Szymborska


To już koniec mojego, prywatnego tajskiego tygodnia. Były warzywa, bób, teraz pora na opis dania głównego. I kilku bardzo praktycznych rad jak uniknąć kulinarnych wpadek. Bo to łatwe danie można na wiele sposobów zepsuć. A to używając innego mięsa, dodając zbyt dużo pasty curry, lub korzystając z gotowców. Mogę powiedzieć, że przez lata udało mi się przygotować i pyszne curry i rzeczy, które mimo usilnych starań były nie-do-uratowania!

Po pierwsze - mięso – jeżeli nie chcemy, żeby danie składało się z suchych mięsnych wiórków to koniecznie użyjmy mięsa z udek kurczaka.

Po drugie  -  pasta curry – najlepiej przygotować ją samemu, wtedy mamy pewność co do smaku i „ostrości”. Jeżeli używamy kupnej to pamiętajmy, że wiele przepisów w książkach kucharskich nie uwzględnia europejskich smaków, to co dobre w Azji może być zbyt ostre i pikantne dla nas. W większości przypadków dodanie połowy podanej w przepisie ilości pasty curry czyni danie aromatycznym i smacznym a nie wyżerającym język i palącym podniebienie.

Po trzecie – mleczko kokosowe – warto zerknąć na etykietę, ceny mleka zależą nie tylko od producenta ale również o zawartości tłuszczu, w tym konkretnym przepisie lepiej smakuje mleko o niższej zawartości tłuszczu.

Po czwarte – bazylia – na szczęście w wielu supermarketach pojawiła się już tajska bazylia w pęczkach lub doniczkach. Do tego dania nie pasuje „normalna” bazylia.

Tutaj składniki na 4 duże porcje. Zielone curry można podawać z ryżem i warzywami. To taki trochę tajski bigos, bo zyskuje dużo gdy go odgrzewamy następnego dnia.

Gotowanie zajmuje około godziny i nie jest specjalnie skomplikowane.

Składniki:

5 lipca 2017

Phad phag nuam mit – czyli warzywa po tajsku

Najprościej i najpyszniej, a sekret tkwi w dodatkach! Kapusta pekińska i sosy! fot. D.Szymborska


W mojej miseczce wersja z sosem rybnym i ostrygowym, ale jak przekonuje Ken Hom można te sosy zastąpić – grzybowy i jasnym sojowym, jeżeli zależy nam na wersji wegetariańskiej.

To świetna przystawka, warzywa są delikatne w smaku, nierozgotowane tylko ugotowane i usmażone „w punkt”. Przygotowanie zajmuje 15 minut. 

Większość składników można kupić w „zwykłych” sklepach, jedynie z sosem ostrygowym może być trochę zamieszania, choć sądzę, że w azjatyckich marketach nie będzie problemu z jego znalezieniem.

Składniki (3 spore miseczki):

4 lipca 2017

T1 i T2 czyli czwarta dyscyplina w triathlonie – STREFA ZMIAN

Rowery zostawione na noc w T1, w foli chroniącej przed deszczem. W przypadku startu w południ warto opony przykryć ręcznikami by nie pękły od nagrzania fot. D.Szymborska


Można powtarzać przed snem, wyobrażać sobie siedząc w autobusie, albo ćwiczyć w salonie….

Każdy sposób jest dobry, by zmarnować mniej czasu w strefie zmian. W czasie triathlonowych zawodów czas mierzony jest od wejścia do wody do przekroczenia linii mety. Jednym słowem to ile czasu spędzimy przebierając się na rower i później na bieganie, ma duże znaczenie. To są minuty, których nie warto tracić! Oto lista praktycznych informacji, które pozwolą nie tracić czasu.

Organizatorzy zawodów triathlonowych proponują dwa systemy zorganizowania stref zmian – „worki” i „pudełka”.

System „workowy” – najważniejsze informacje

3 lipca 2017

Thua pak-a-phad prig czyli bób na sposób azjatycki

Zupełnie inny sposób przygotowania bobu, dodatek pasty curry jest super smacznym pomysłem! fot. D.Szymborska


Pasta śniadaniowa – zjedzona (przepis TUTAJ) to pora na bardziej egzotyczną wersję bobu. Niezawodny Ken Hom poleca bardzo prosty przepis na bób na ostro. 15 minut w kuchni i idealna przystawka, albo dodatek do dania głównego. 

Wersja tajska jest pikantna, wyrazista i bardzo smaczna. U mnie będzie to dodatek do tajskiej kolacji, bób smakuje najlepiej na gorąco, można go przygotować wcześniej i przed podaniem na szybko, delikatnie mieszając podsmażyć w woku lub na patelni.

Składniki:

1 lipca 2017

Tod mun khao phod – czyli tajskie kotleciki z kukurydzą

Przepyszne kotleciki o ciekawym, azjatyckim smaku fot. D.Szymborska


Upały, duszno to tajskie jedzenie pasuje do klimatu. Ken Hom to jeden z moich ulubionych autorów łatwych, azjatyckich przepisów, większość (z wyjątkiem pulpecików rybnych) wychodzi przesmacznie.

Pulpeciki z kukurydzą nie są zbyt skomplikowaną potrawą, dzięki dodatkom mięso pozostaje smaczne, niewysuszone i smakuje wyśmienicie na gorąco i zimno. W wersji na zimno rewelacyjnie smakują jako dodatek do kanapki (sprawdzone!!!!).

To co mi się smakuje najbardziej w tych kotlecikach to ziarenka kukurydzy, które cudownie chrupią. Owszem pulpeciki smażone są w głębokim tłuszczu, ale starannie odsądzone na papierowych ręcznikach kuchennych nie są zupełnie tłuste!

Składniki (12 sztuk):

30 czerwca 2017

Oneginetatopa w mediach czyli nie tylko blogowanie

Drinki, ryżoklejki, koktajl i buty...czyli w skrócie co się działo w mediach innych niż blog w czerwcu


Jutro już lipiec, o mało napisałabym luty. Nie, nie mam ochoty na powrót zimy, choć ostatnie upały są męczące, burzowe i nieprzyjemne.

Blog, blogiem a publikacje publikacjami, w czerwcu trochę się tego nazbierało. Oto trzy z których jestem najbardziej dumna. 

Zastanawiałam się co do kolejności. Czy wybrać gazetę codzienną, która ma jeden z największych nakładów w Polsce? Newsletter adresowany do najtwardszych triathlonistów i triathlonistek w Polsce i na świcie? A może dwumiesięcznik z szalonymi pomysłami głównie dla dziewczyn? 

Każde miejsce inne, każde specjalne a rzeczy publikowane bardzo różne – od porad dotyczących zakupu pierwszych butów, przez przepisy dla kolarzy i triathlonistów po drinki tyle, że bez alkoholu.

29 czerwca 2017

Jak zrobić wegetariańskiego „burgera” – ser zamiast soczewicy

Tak jak śliczny tak pyszny - bułka kukurydziana, dobry ser, ketchup, sałata z balkonowej uprawy...fot. D.Szymborska


Nie mam pomysłu na lepszą nazwę. Wiem, że burger jest mięsny, ale kanapka z plastrem grillowanego sera, sałatą, sosami w ciepłej bułce, wydaje się być zdecydowanie zbyt długim tytułem. 

Niby oczywiste – włożyć ser do bułki, ale są takie małe szczegóły, które czynią kanapkę dużo smaczniejszą.

28 czerwca 2017

Mother of Dragons – czyli rowerem na sushi

Sałatka - czekadełko przed setem lunchowym fot. D.Szymborska


Po lunchu składającym się z sałatki (świetny sos), zupy z buraków z kaczką i zestawu 12 dragon maków, wsiadając na rower czułam się jak Mother of Dragons…dobrze, że to już było po treningu i mogłam się toczyć….choć z Wilanowa nie mam z górki do domu….czego bardzo żałowałam po tym obiedzie…..

Ogródki, uwielbiam kawiarniane i restauracyjne „ogródki”, ba nawet mi wystarczy stolik i krzesła wystawione przed lokal. Serio. Dzięki „ogródkom” mogę pojechać na lunch rowerem. Ktoś prychnie, że można przyczepić, przypiąć rower i zjeść normalnie w restauracji. Pewno, że można tylko ja nie będę jadła spokojnie, będę próbowała wciąż zerkać na rower, sprawdzać czy jest na swoim miejscu. Zwyczajnie boję się, że ktoś go ukradnie. Dlatego jedzenie w „ogródku” jest takie przyjemne, obok, nie wadząc nikomu stoi sobie mój rower, ja jem spokojnie…na przykład takie pyszne shushi.

W Moye Sushi w Wilanowie byłam dwa razy, za każdym razem było pysznie. Jest tylko małe „ale” tam się mega długo czeka. Niezależnie od tego czy jest to późny wieczór – kuchnia czynna do 22, czy pora lunchowa. Trzeba się uzbroić w dużo cierpliwości, a wiadomo, że głodnemu to śpieszno i nerwowo. Moye Sushi ma rozsądne ceny i moim zdaniem super pomysły na kuchnię fusion. Oprócz klasycznych dań kuchni japońskiej, zupy, maki mają też np. zupę z botwinką, kaczką, kolendrą i selerem naciowym (z zestawu lunchowego). Tu wszystko jest smaczne! Pomimo serwowania dań zawierających tempurę, wychodząc z restauracji nie musimy się obawiać, że zapach smażenie będzie za nami podążał do domu!

27 czerwca 2017

Czapeczki kolarskie – moda i wygoda

Moja kolekcja fot. D.Szymborska


Jak w tytule! Uwielbiam, używam, trochę kolekcjonuję i nie umiem się rozstać nawet z taką, w której mi się w praniu daszek połamał.

Czapeczki kolarskie ostatnio bardzo modne, i dobrze bo są bardzo, ale to bardzo praktyczne.

Jeżeli ktoś się jeszcze zastanawia nad tym czy kupić o to lista zalet czapeczki kolarskiej:

Po pierwsze i najważniejsze – dzięki czapeczce kolarskiej w czasie przerwy np. na kolarskie espresso można zdjąć kask i pokazać się innym! Odpada problem „dziwnej” fryzury! Dotyczy to zarówno panów (z wyjątkiem łysych) jak i pań! W przypadku łysch kolarzy czapeczka też się przydaje bo dzięki temu nie ma dziwnej opalenizny łysiny we wzorek z kasku!

Po drugie – wygoda, daszek i ochrona przed owadami. Wiadomo, że daszek daje cień i pozwala choć trochę odpocząć oczom. Słońce znika, daszek podnosimy. Nie wiem gdzie jeździcie, ale ja gdziekolwiek pojadę to spotykam owady na swojej trasie, takie, które rozbijają się o kask i próbują mnie ugryźć w głowę. Brzmi śmiesznie? No nie wiem już mnie pszczoła użądliła kiedyś bo akurat w kasku nie było siateczki i głowa bolała bardzo! Czapeczka chroni przed takimi „niespodziankami”.

Po trzecie – kolekcja, pamiątki i szpan. Z każdą czapeczką związane jest jakieś wspomnienie. Lubię je wszystkie.

Cicli Berlinetta – pamiątka z jednego z bardziej kultowych sklepów rowerowych w Berlinie (o tym miejscu pisałam TUTAJ),

26 czerwca 2017

Pikantna pasta ze świeżego bobu – wegański przysmak

Genialny dodatek do tostów czy świeżej bagietki, wyrazista, pyszna i doskonale letnia pasta ze świeżego bobu fot. D.Szymborska


Uwielbiam bób! Nie przeszkadza mi parzące palce łuskanie, gdy widzę woreczki w sklepach nie mogę się doczekać kiedy zjem bób w domu.

Z reguły jadłam bób  z makaronem, często z hiszpańską kiełbasą, a teraz pora na pastę śniadaniową.

Ostatnio bardzo się staram, żeby to śniadanie było dużym, pożywnym posiłkiem. Dzięki temu mam dużo więcej siły w dzień i udaje mi się zjeść mniejszą kolację (i całkiem spory obiad…).

Uwielbiam pasty śniadaniowe, z tuńczykiem, makrelą, serki z rzodkiewką i koperkiem czy ze szczypiorkiem. Czasem na śniadanie jest też domowy humus i grillowane warzywa. A pasta z bobu jest zdecydowanie nowością dla mnie. Zielona wakacyjna i całkiem pikantna! Przygotowanie zajmuje chwilę a pastę można spokojnie przez dwa dni przechować w lodówce, choć może to być ciężkie zadanie bo jest taka pyszna a z gorącym tostem….chyba to nawet smaczniejsze niż roztarte widelcem awokado…

Składniki (średniej wielkości miseczka):

25 czerwca 2017

Chłodnik z selerem naciowym i pumperniklem

Coś dla miłośników baroku....chłodnik ze wszystkim...fot.D.Szymborska


Uwielbiam chłodniki. Zupy na upał. Od tych najprostszych gdzie mieszam kefir z warzywami i cieszę się zimną zupą, po takie skomplikowane jak zaproponował Rafał Zaręba w czasie warsztatów z serkami z Wielunia i sałatkami z Fit&Easy.

To propozycja dla tych, którzy lubią chłodniki i jak to bywa z kuchnią fusion mają sporo czasu i chcą kupić dziwne składniki takie jak miód akacjowy…

Składniki (4 duże talerze chłodnika):